Australia. Gościni: Zosia Orkisz - podcast episode cover

Australia. Gościni: Zosia Orkisz

Aug 07, 20251 hr 6 minSeason 2Ep. 8
--:--
--:--
Download Metacast podcast app
Listen to this episode in Metacast mobile app
Don't just listen to podcasts. Learn from them with transcripts, summaries, and chapters for every episode. Skim, search, and bookmark insights. Learn more

Summary

Zosia Orkisz dzieli się swoimi doświadczeniami z życia w Australii, opisując drogę do założenia unikalnych klubów kolacyjnych Secret Supper Club, łączących design, marketing i kulinaria. Opowiada o multikulturowej scenie kulinarnej, wysokiej jakości życia i odmiennym podejściu do pracy, podkreślając otwartość społeczną i możliwość spontanicznych przygód. Porusza również trudne tematy, takie jak dyskryminacja Aborygenów i skomplikowany proces uzyskiwania obywatelstwa, ukazując kontrasty tego fascynującego kraju.

Episode description

Kiedy lata temu Zosia Orkisz wyprowadzała się do Australii, nie podejrzewała, że życie w tym kraju okaże się dla niej jeszcze ciekawsze, niż oczekiwała.

Zosia Orkisz marzyła o pracy w branży kulinarnej. Ukończyła słynną szkołę Le Cordon Bleu i z sukcesami rozwinęła projekt klubów kolacyjnych. Czy podczas życia w Australii udało jej się poznać Outback? Ilu Australijczyków należy do Klubu 5 rano? Czy obowiązkowe głosowanie to dobry pomysł? Jak żyje się w kraju tak rozwiniętym, a z drugiej strony wciąż borykającym się z problemem dyskryminacji rdzennej ludności?

Podcastu „Emigranci” możesz posłuchać na platformach SpotifyApple Podcasts oraz YouTube.

Transcript

Australia: Kraina Szans i Droga Kulinarna Zosi

Natalia Szymańczyk, słuchacie podcastu Emigranci, a ja dzisiaj w studiu goszczę Zosię Orkisz. I będziemy dzisiaj rozmawiać o Australii. Dziękuję, że jesteś. Dziękuję za zaproszenie. W Australii, jeśli chcesz czegoś i po to sięgniesz, to to się najprawdopodobniej wydarzy. Ty mi tak powiedziałaś o Australii przed naszą dzisiejszą rozmową. Czy to jest trochę o tobie? Trochę o mnie. Takie mam zawsze wrażenie w tym kraju. Wydaje mi się, że jeżeli masz marzenie...

i ciężko będziesz pracować, to to jest kraj, który totalnie da Ci możliwość, żeby spełnić te marzenia. Dobrze, to powiedz, co największego Ty osiągnęłaś w Australii? To słynna szkoła? Słynna szkoła, tak. Jak przeprowadziłam się do Australii, byłam jeszcze, siedziałam w designie i w marketingu i trochę w tym pracowałam. Dosyć wysoko zaszłam, dosyć szybko w marketingu.

To nie była moja pasja i gotowanie było moją pasją i trochę uznałam, że dobrze, może trzeba coś zmienić, skoro tak szybko udało mi się dojść tak daleko w branży, która nie do końca mnie interesuje. No i zaczęłam rozglądać, jak zacząć tą karierę kulinarną w Australii. Zaczynałam od zmywaka.

Po pracy przyjeżdżałam wspaniałym służbowym samochodem w wysokich szpilkach, przebierałam się w dres, skakałam na zmywak. Dlatego chciałaś się dowiedzieć, jak to wszystko wygląda od kuchni też, prawda? Chciałam dokładnie, żeby zobaczyć, czy to jest dobra decyzja, bo jednak to... była dosyć duża dla mnie decyzja z różnych względów bezpieczeństwa, zwłaszcza finansowego. No i tak po miesiącu na zmywaku i po wszyscy, jak wszyscy myśleli, że kompletnie zwariowałam, uznałam, że to jest świetny pomysł.

I dostałam się do Le Cordon Bleu szkoły kulinarnej, która całe szczęście też jest w Australii. I zaczęłam tą przygodę. I dzięki tej przygody jestem tu, gdzie jestem teraz. Ale wracając do Australii, to nie było jakieś niemożliwe i nieskomplikowane. Musiałam bardzo ciężko pracować, żeby tam dojść, ale było to możliwe. Ja tylko dodam, bo może twoja skromność ci na to nie pozwoli, ale ty Le Cordon Bleu, czyli słynną, chyba najsłynniejszą szkołę kucharską, prawda?

Tak, chyba trochę tak. Ukończyłaś z najlepszym wynikiem? Tak, z Award of Excellence, czyli z nagrodą za excellence. Czy trudno jest dostać się do tej szkoły?

Sekretne Kolacje: Unikalne Doświadczenia Kulinarne

Trudno jest dostać się do Le Cordon Bleu? Nie jest trudno się dostać, raczej trudno jest zapewnić fundusze, bo to nie jest szkoła publiczna, tylko oczywiście prywatna. Więc dlatego ta ciężka praca wchodzi w to, żeby zapłacić za tę szkołę. A czy trudno się utrzymać w Le Cordon Bleu? W sensie chodzi mi o to, że po drodze może odpadają ci, którzy faktycznie widzą na czym polega ten zawód. I już nie jest tak...

Myślę, że dużo osób nie bierze z tej szkoły tyle, co mogłaby brać, bo kurs jest naprawdę ciężki i wymagający. To jest 9 miesięcy codziennych 10 godzinnych dni. Bardzo ciężka praca. mentalnie to też jest ciężkie do wytrzymania, a później z półtora roku w restauracjach. No i niektórzy, którzy na przykład są młodsi, albo to rzeczywiście nie jest ich pasja.

to może nie czerpią z tego tyle, co by mogli, ale nie zdarzyła się sytuacja w moim czasie, żeby ktoś, powiedzmy, został wywalone ze szkoły. Ale dużo osób miało problemy z wynikami. A czy ty miałaś po drodze jakiś taki moment zawahania, że może to nie jest dla ciebie, kiedy już byłaś w tej szkole? Zupełnie nie. Czyli pokochałaś to jeszcze bardziej? Totalnie to pokochałam i jakby czułam w sobie, że jakby to jest to i że

No, i że ma to po prostu sens. Ile miałaś wtedy lat, kiedy się tam uczyłaś? Dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć? A kiedy ją skończyłaś? Co się wtedy dzieje? Czy to już jest taki... że tak powiem, taki pewniak, że na pewno znajdziesz pracę w kulinariach, czy tak naprawdę musisz sama znaleźć na siebie pomysł? Myślę, że i to, i to. Myślę, że da się znaleźć pracę w kulinariach od razu, ale to na przykład byłyby hotele, większe restauracje, co mnie nigdy nie kręciło.

A ja całe szczęście podczas studiowania już zaczęłam pracować w różnych restauracjach degustacyjnych i różnych dużych restauracjach, które były super w Brisbane. I troszkę miałam szczęść, że znalazłam ten pomysł na siebie. Więc poszłam w tą stronę, ale mam znajomych, którzy dalej siedzą i pracują dla kogoś dosyć nisko i się nie spełniają tak bardzo, jakby chcieli.

Ta droga była długa do miejsca, w którym jesteś teraz i na pewno trudna i na pewno wymaga od Ciebie ogromnej pracy i o tym sobie też porozmawiamy, a dzisiaj zajmujesz się kluby kolacyjne. To jest bardzo tajemnicze i bardzo ciekawe.

Kuchnia i Społeczeństwo Multikulturowej Australii

Co to jest? Organizuję kluby kolacyjne w Australii. Nazywamy je Secret Supper Club. Więc to są kolacje od 20 do 100 osób biletowane. Goście dopiero dostają maila z lokalizacji 24 godziny przed eventem. I cały event znajduje się w tych sekretnych lokalizacjach, czyli na przykład galeriach sztuki, studiach fotograficznych, hangarach, czasami w plenerze. Ustawiamy duży stół. To jest zawsze taka rzecz, którą nie jest negocjowalne dla mnie.

scenografię, menu pięciodaniowe, które jest zawsze inspirowane moimi podróżami, albo kulturą polską, czasami z miksem australijskim, czyli na przykład danie, które się często powtarza, to są pierogi z kangurem. I ludzie to bardzo lubią i są pyszne. Ciekawe połączenia, tak, Polska i Australia, totalnie. Więc staram się to tak robić tam i ludzie to uwielbiają, ale cały sęk w tych kolacjach jest dla mnie ważny, żeby po pierwsze połączyć wszystkie moje pasje.

tej przeszłości, czyli ten design, marketing, gotowanie, ale też, żeby stworzyć platformę po pierwsze dla ludzi, czyli dla gości, żeby doświadczyli rzeczy jednorazowych. Próbuj zmiotować.

doświadczeń jednorazowych. To jest takie unikalne zupełnie, prawda? Bo pojawiasz się, w danym miejscu jesz i to nie jest miejsce, w którym jutro też możesz przyjść i zjeść posiłek. I też, żeby ludzie się poznawali. W Australii bardzo dużo osób chodzi samemu i poznaję nowych znajomych i często wychodzą razem na przykład po kolacji dalej na drinki, co jest dla mnie...

Mega super, że to jest właśnie platforma dla ludzi, do poznawania ludzi, zwłaszcza w dzisiejszych czasach digital, ale też jest to platforma dla różnych szefów kuchni, arcystów, muzyków, żeby współpracowali ze mną, żeby serio stworzyć coś unikalnego. To jest coś zupełnie unikalnego na rynek australijski? Czy to jest bardziej popularne? Taki koncept właśnie? Myślę, że to bardziej jest popularne w Europie teraz. W Australii to się zaczyna robić bardziej popularne, ale powiedzmy w Brisbane...

Moje kluby kolacyjne są na razie numer jeden. W Sydney i w Melbourne troszkę się to zaczyna robić bardziej, ale myślę, że jeżeli chodzi o kogoś, kto zajmuje się wszystkim, czyli od kuchni po scenografii, po wszystko. To, co ja robię, jest dosyć unikatowe. A w Polsce? W Polsce wiem, że w Warszawie jest parę klubów kolacyjnych. Szczerze mówiąc nie miałam okazji się na nich pojawić. Bardzo bym chciała zobaczyć. Myślę, że też jest super branża w ogóle na całym świecie, bo...

To nie chodzi o konkurencję, tylko chodzi właśnie o wspieranie siebie i o kolaborację i patrzenie co kto robi i jak możesz powiedzieć, a może spróbuj to, z racji, że to jest tak mała artystyczna branża. Ale w Polsce też zaczynamy troszkę działać. Ostatnio robiliśmy super klub kolacyjny na 70 osób, który był niesamowity i to znowu była świetna kolaboracja z Mariuszem Makiem.

Zosią Kozłowską, która robiła scenografię w sekretnej lokalizacji, która to było Monkey Love na Powiślu i pracowanie w Warszawie było dla mnie super, super. A czy ty chciałabyś w ogóle, myślisz o tym, żeby przenieść się z tym konceptem do Polski? Czy jest ci na tyle dobrze w Australii, że jesteś tam, zapuściłaś korzenie, zostajesz? Myślę, że raczej widzę się w Australii na stałe.

Ale wracanie do Warszawy jest dla mnie zawsze wielką przyjemnością. To jaka jest ta Australia kulinarnie? Dosyć ciekawa, bo... Stricte australijska kuchnia jest tak naprawdę dosyć, nie że dziwna, ale nie ma stricte australijskiej kuchni. Jest bardzo dużo... To wszystko jest bardzo świeże, jest bardzo dużo owoców morza, ale też są bardzo dziwne rzeczy, na przykład fairy bread, czyli to jest tost z masłem i z posypką kolorową. To dzieci, to jest dzieciństwo dzieci. Słodką, słoną? Słodką.

Okay. Dużo, dużo inspiracji z angielskiej kuchni oczywiście, typu sausage rolls albo różne pies, ale w Australii to jest niesamowite, jest to, że jest bardzo dużo oczywiście emigracji z krajów azjatyckich. I restauracje Asian Fusion są mega fajne i szczerze mówiąc nie spotkałam się z czymś takim ani w Londynie, ani w Nowym Jorku, ani w Paryżu, ani w Warszawie. Czyli na przykład idziesz do restauracji i masz...

wpływy w menu z kuchni japońskiej, koreańskiej i chińskiej. I jest to mega dobrze zrobione. I to jest mix, ale to nie jest taki przekombinowany mix, ani mix, że masz... 400 pozycji w menu i każdej z innej kuchni, tylko te wszystkie elementy są bardzo dobrze dobrane i jest to bardzo specjalne w Australii. A to jest bardzo fajny koncept. I właśnie wynika on pewnie z tej multikulturowości. Też sobie o tym porozmawiamy, że Australia jest bardzo multikult i tam naprawdę jest...

Niezwykłe Potrawy i Polskie Korzenie w Australii

przekrój poprzeczny przez społeczność, no to znajdziesz tak naprawdę wszystkie narodowości i to jest chyba fajne, bo łatwiej się odnaleźć w takim miejscu, gdzie jest dużo ludzi przyjezdnych. Jak to było na początku u ciebie? Tak i nie. Australia jest akurat ciekawa, bo Australijczycy sami w sobie są bardzo otwarci na etapie powierzchownym. ale żeby dostać się do kręgów powiedzmy australijskich, powiedzmy ludzi, którzy się wychowali w Sydney albo w Brisbane, chodzili tam do szkoły.

ja oczywiście nie jestem z tych kręgów, to to jest dosyć wyzwanie. Więc na samym początku zadawałam się głównie z ludźmi, byłam na studiach jeszcze, powiedzmy z ludźmi z Europy, z Łoch, z Norwegii, z Polski. Teraz już tam mieszkam 7 lat, więc już teraz mam znajomych z Australii, ale to była dosyć długa droga. Bardzo dużo osób, które są wyemigrowały do Australii, trzyma się z...

z swoimi kulturami. Czyli na przykład moi wszyscy włoscy znajomi trzymają się razem. Brazylijczycy razem. Polonia chyba w Australii też jest duża. Ja nie miałam okazji się z nimi zapoznać, ale wiem, że bardzo dużo osób się też trzyma po prostu stricte z Polonią.

A po jakim czasie, tak mniej więcej jakbyś to określiła, udało Ci się nawiązać, dotrzeć do takich Australijczyków, Australijczyków, żeby przełamać te lody i znaleźć jakiegoś przyjaciela, przyjaciółkę czy kogoś, kto... nawiąże z tobą taki kontakt bliższy, zaprosi cię do domu, jest, wiesz, trochę bliżej niż dalej.

Myślę, że pojedyncze osoby to tak naprawdę w pierwszym roku i w pierwszych miesiącach. To mi raczej chodzi o grupy ludzi, którzy są znajomymi od bardzo dawna. Szymon, co po szkodku miałam przyjaciół... stamtąd. Na przykład jest cała rodzina w Brisbane, która przyjaźni się z synami, z kuzynami. Byłam z nimi na paru wakacjach i dalej jak wracam do Brisbane, idę do nich do domu i czuję się jak w domu.

No, ale takie przyjaciółki, które powiedzmy miały sobie grupę, chodziły razem do liceum i poznawałam się z nimi na jakichś imprezach. No to tak po czterech, może pięciu latach bardziej mnie wpuściły. Albo warto. No właśnie, ale z kolei to są takie przyjaźnie pewnie, że już warto, bo jak dostaniesz to zaufanie, to pewnie w zamianie...

też dostajesz bardzo fajne cechy charakteru, bardzo fajne traktowanie, tak mi się wydaje. To jest wartościowe. Bardzo wartościowe. Bardzo wartościowe i bardzo... dające, że powiedzmy przyjeżdżam do miasta, gdzie już nie mieszkam, czyli teraz lecę do Brisbane za parę dni, nie mam oczywiście tam samochodu mieszkania.

dwa telefony i wszystko jest, o mój Boże, oczywiście, proszę, zatrzymaj się u mnie, mój samochód, nie, weź mój samochód, a czy możemy ci ogotować kolację, a czy możemy zabrać się tu, więc jest to bardzo, bardzo miłe. Najciekawsze danie, jakie jadłaś w Australii? Czy to jest ten kangur? Kangur jest pyszny, po pierwsze. To jest kontrowersyjne. To jest kontrowersyjne i szczerze mówiąc przez pierwsze parę lat trochę się na to patrzyłam dziwnie. Kangur jest w ogóle uznawany jako szkodnik.

Więc kangurów jest tyle. Zjadają bardzo dużo flory australijskiej, więc nie jest to nielegalne, żeby pozbywać kangurów. Ale są też super hodowle kangurów, gdzie te kangury są hodowane specjalnie do restauracji. Czasami pracuję w restauracji w Sydney i robimy tatara z kangura, który jest pyszny. Więc to pewnie byłoby... Wiem, że ludzie też jedzą krokodyle, emu. Tego nie próbowałam. Nie miałam okazji.

No więc chyba z takich najdziwniejszych na polskie realia, no to pewnie byłby ten kangol. Ale powiedz mi, jak długo trwała ta bariera? I czy ona jednak była? Czy ty jako też osoba, która pracuje w kulinariach już od tak dawna, to na tobie to tak naprawdę nie robi wrażenia? Żeby na przykład zjeść kangura, miejsce z kangura. Nie, to nie była duża bariera dla mnie. Po prostu musiała się zdarzyć dobra okazja i zdarzyło się kiedyś, spróbowałam.

Bardzo długo miałam kolegę, który jest z Australii, spod Brisbane i to jest taka bardzo australijska rodzina. Mieszkaliśmy w mieszkaniu bardzo blisko centrum w Brisbane i mieliśmy molo na rzekę, taki mały ponton i mój kolega łowił tam rekiny. bull sharks metrowe, które gotował na kolację, flake and chips, łapał na przykład kraby błotne, miał zawsze pułapki, a jest w centrum miasta. Ale to dla większości ludzi było...

bardzo normalne. To dla mnie na początku było takie wow, że jestem w centrum, a wychodzę do ogrodu i mam matkrab, który jest niesamowite, albo dostaję zdjęcia, jak jestem w pracy, złowiłem kolację. I jemy rekina na kolację. Ja jadam tylko rekina raz, ale no. Ja mam wrażenie, że jest pewnego rodzaju bariera wobec jedzenia mięsa ze zwierząt, które są jakoś osadzone w kulturze na przykład kreskówkowej. albo świątecznej. I stąd renifer, kangur, no to są takie konik...

prawda, sarenka. To jest coś takiego, co nam się kojarzy z taką słodkością, z takim, z czymś z dzieciństwa i stąd mamy, czy właśnie ma związek ze świętami i stąd po prostu są te bariery. No ale nie udawajmy, że... że nie ma kultur, w których jest to zupełnie normalne. I rozumiem, że mięso z kangura to jest coś, co łączysz z tą polską kuchnią, bo powiedziałeś, że pierogi to jest coś, co serwujesz na swoich kolacjach. Tak, tak.

Teraz tak. Ale stwierdziłabyś, że to są właśnie takie najciekawsze potrawy od strony kulinarnej zgłębiając Australii, że właśnie to mięso z kangura? Ja po prostu się staram... używać australijskich rdzennych składników, których się nie znajdzie nigdzie indziej. Jeżeli chodzi o mięso, no to właśnie chyba emu i kangur. Ja w ogóle staram się gotować głównie wegetariańsko, więc dużo gadamy o tym mięsie. Dobrze, że mówisz, bo na razie. Rekiny, kangury. Tak.

Więc jest bardzo dużo roślin, które są bardzo ciekawe. Jest na przykład pepperberry i daje ci takie drętwienie języka, co jest super. Ale w ogóle jest pełno roślin australijskich, których nie ma nigdzie indziej, które do kuchni są niesamowite. I właśnie staram się... Na przykład robię gołąbki z kaszą gryczaną grzybami i robię ży z tych pepper berry i dodaję różne inne rośliny, które znajduję.

Jest to bardzo fajne. Czy to jest łatwe w Australii, żeby tworzyć, powiedziałaś, że jesteś zainteresowana bardziej daniami wegetariańskimi, żeby właśnie się zanurzyć w tą wegetariańską kuchnię? Czy Australia stoi jednak mięsem?

Australijski Styl Życia i Równość Społeczna

Myślę, że zależy gdzie pójdziesz. Myślę, że ludzie, z którymi ja mam do czynienia i ludzie, którzy są zainteresowani moimi klubami kolacyjnymi, nie mają z tym problemu. Ale tak jak w każdym kraju. Idzie się do restauracji, brat zamówił ostatnio bakłażana, kelner mu mówi.

A proszę pana, tam nie ma mięsa. Więc wszędzie są tacy ludzie. Bardzo dużo jest owoców morza, z którymi też uwielbiam gotować. I zawsze uważam, że to jest bardzo... że to jest różne wyzwanie, zwłaszcza jak się uczyłam gotować w Polsce też, no nie mamy... świeżych tuńczyków, które przychodzą całe i nagle musisz wykroić z nich filety. Albo ktoś do ciebie dzwoni, kolega, hej, byłem rana na kajaku i złowiłem 10 makryl, czy chcesz je na dania? Co z tym zrobić? Co z tym zrobić? A jesteś nie na wsi.

tylko w wielkim mieście i takie sytuacje się zdarzają dosyć często. Najciekawsze restauracje, w jakich jadłaś w Australii? Twoje ulubione? Czy to są ciekawe koncepty? Niektóre koncepty są bardzo ciekawe. Dużo niestety jest konceptów, które są dla mnie trochę stricte marketingowe.

Pytam pod kątem takim, czy ciekawe są miejsca, czy jest to zróżnicowane, jakieś kolorowe na rynku australijskim, czy może jedzenie jest ciekawie podane w ciekawy sposób. Mnie na przykład ostatnio zaskoczyła, znaczy w ubiegłym razie. roku, bo byłam teraz drugi raz, zaskoczyła mnie Ibiza, gdzie jadłam w restauracji, która znajduje się w kościele.

Starym, przerobionym. No to jest coś, co myślę, że jest takim trochę pewnie chwytem marketingowym, bo widzisz tam z myślą, że jesz w takim nietypowym, niekonwencjonalnym miejscu. No. Czy takie ciekawe miejsca też można znaleźć w Australii? Na pewno można. Jest bardzo dużo, po pierwsze, większość, znaczy większość, bardzo trendy restauracje w Australii teraz są winebary, bardzo zainspirowane Europą, czyli Euro Eats. Bardzo dużo greckich restauracji, było bardzo dużo emigracji z Grecji.

Bardzo dużo włoskich restauracji, pełno tego Asian fusion. Jeżeli chodzi o ciekawe miejsca, to na przykład są bardzo oldschoolowe puby australijskie w powiedzmy dwie godziny drogi od dużych miast. No i masz klasyczny pub, piwo się leje, jest muzyka na żywo i na przykład był pub nie tylko Byron Bay, The Elfham Hotel i bardzo znana szwowa kuchni, Alana Powell.

uznała, że tam jedzie i prowadziła tam kuchnię, ale nie prowadziła tej kuchni na poziomie degustacyjnym, ale robiła super rzeczy, tak jak na wsi. I to na przykład było mega doświadczenie. Zebrałam tam rodziców i też super. I chyba jej partner właśnie łowi ryby i też mam parę restauracji, więc wszystko było od znajomych. Po mięso, po warzywa.

No, więc takich farm to table konceptów jest bardzo dużo, ale one są bardzo przejrzyste, że wiadomo, że serio wiadomo skąd jest pomidory, a skąd jest tuńczyk, a że oliwa jest od tego pana na tej górze. Czy scena restauracyjna australijska jest droga, skoro w ogóle życie tam jest drogie? Jest dosyć droga, porównywalna moim zdaniem w dniach dzisiejszych do Warszawy. Teraz już jest wszystko porównywalne do Warszawy, odkąd mamy te ceny straszne. Alkohol jest dużo droższy niż w Polsce.

Ale jeżeli chodzi o jedzenie, to przy tamtych zarobkach jest to możliwe, żeby sobie pójść na miłą kolację raz w tygodniu. Przy tamtych zarobkach, bo powiedziałaś mi właśnie, że zawody takie jak ślusarz, konduktor. czyli zawody, które na przykład u nas są zawodami mniej opłacalnymi, tam jest zupełnie inaczej. To są szanowane zawody i w tych zawodach dobrze się zarabia, prawda? Bardzo szanowane i bardzo dobrze.

Myślę, że konduktor pociągu przed podatkami tak na przeliczenie, szybkie przeliczenie w moim głowie, myślę, że zarabia troszkę poniżej miliona złotych rocznie.

Kultura Pracy, Spontaniczność i Pozytywne Nastawienie

przed podatkami. kierowca autobusu też, ślusarz polski, ćwiczymy. Ślusarze, elektrycy. Wszystkie te zawody są bardzo dobrze widziane. Co też uważam, że super, że to jest kraj. Widać bardzo, przynajmniej moimi oczami, jest bardzo duża równość pomiędzy ludźmi. na ulicy, gdziekolwiek. I jeżeli idziesz powiedzmy o najlepszej restauracji w Sydney, to nie jest to oczywiste, że to będą najbardziej zamożni ludzie. I to jest otwarte dla wszystkich, że też serwis jest tak miły,

Że ktoś się na ciebie nie popatrzy, ale co ma pani na sobie, proszę pani tu nie wejdzie, co doświadczyłam parę razy w Warszawie. Tak, prawda? I to też jest super moim zdaniem, że właśnie wszyscy są trochę na równi. Właśnie, czyli taka mentalna równość chyba, prawda? Czy Australijczycy mają jakieś takie skłonności do wywyższania się w jakikolwiek sposób? Nie zauważyłam tego. Znaczy zauważyłam, że jedna branża, w której to zauważyłam, to jest branża restauracyjna.

u szefów kuchni niektórych, ale to chyba jest po prostu ego tego zawodu. A tak to się z tym nie spotkałam. Fajne, świetne takie równościowe podejście. Brakuje nam tego, myślę, w takich krajach na przykład nasz. Prawda? Ja zawsze to powtarzam, że te zawody, które wymieniłaś, to są zawody, bez których naprawdę

Bardzo ciężko by nam się żyło. Świat by przestał się kręcić. Bez naszych podcastów, bez dziennikarstwa przeżylibyśmy jakoś. Upolewalibyśmy może jakoś estetycznie, ale intelektualnie, ale jakoś byśmy przeżyli. Ale bez tamtych nie. Więc one też powinny być... doceniane. Jak to się wszystko u ciebie zaczęło? Jak zaczęła się twoja przygoda z Australią? I dlaczego Australia? Zaczynajmy od początku. Od początku. Przeprowadziłam się do Londynu, jak miałam 16 lat.

Poszłam tam do liceum. Poszłam tam później na pierwsze studia. I podczas studiów mój brat mieszkał w Sydney już od 10 lat prawie wtedy. I pierwszy raz pojechałam do Australii go odwiedzić z przyjaciółką z Łoch, która po miesiącu podróży, jak jechałyśmy już prawie na lotnisko z powrotem do Londynu, powiedziała, że ona nie wraca. No więc została. Po roku znowu przyjechałam odwiedzić brata i tą przyjaciółkę, która mieszkała już w Brisbane. No i spędziłam kolejny miesiąc w Australii. Byłam...

kompletnie zachwycona krajem, naturą, ludźmi. No i też ta przyjaciółka, którą bardzo przyznałam, już tam żyła przez rok, więc też słuchałam jej historię o poziomie życia. Ona tam studiowała, ale też pracowała. No i to wszystko wydawało się magii. I zakochałaś się po nich tak naprawdę. I zakochałam się po nich kompletnie. Byłam w Brisbane, siadałam w samochód w dwie godziny, jestem w Byron Bay. Surfing, magia, raj. Dwie godziny w drugą stronę, jestem w Nusie, to samo, zupełnie inny klimat.

I to mi bardzo, no bardzo się podobało. Wróciłam do Londynu. Pojechałam do swojego szarego mieszkania, padał deszcz. Jak zawsze. Jak zawsze. Pracowałam wtedy w barze, zarabiałam może 10 funtów za godzinę. Przy czynszu w Londynie i trochę byłam, co ja, znaczy jaki jest plan, co ja tu robię? No więc zaczęłam szukać opcji, no i całe szczęście udało mi się przenieść na studia tam. I dwa miesiące później zakomunikowałam mojej rodzinie, że...

lecę do Australii. Czy reszta twojego rodzeństwa też jest taka emigracyjna bardzo? Bo tak, ty, twój brat, ty w wieku 16 lat. Wszyscy wyfruwają. Wszyscy wyfruwają na jakiś czas. Teraz wszyscy, oprócz mojej młodszej siostry, która mieszka w Holandii, są z powrotem w Warszawie. Wszyscy są na świecie gdzieś? Tak? Nie, znaczy wszyscy już w Warszawie. Moja młodsza siostra jest w Holandii.

Ja w Australii. Mój brat, który mieszka w Australii, kończył liceum w Spokane, niedaleko Seattle w Stanach. Tak, tak. Później on to mieszkał wszędzie, w Singapurze, w Australii, w Paryżu, w Londynie przez chwilę, w Strasburgu. Moja siostra mieszkała w Strasburgu i w Mediolanie przez chwilę. Kolejny brat w Barcelonie. Więc tak trochę wszyscy próbowali. Wszyscy jednak wracają. Wszyscy mają teraz rodziny i mieszkają w Warszawie. Większość.

Ale gdzieś na święta zawsze się widywaliście? Staramy się. Staramy się. Rodzice zawsze podróżują i zawsze od dzieciństwa podróżowaliśmy, więc chyba mamy takiego... Właśnie. Czy macie taki gen jakoś po rodzicach? Skąd to się wzięło? Czy to był wasz pomysł? Od was się zaczęło? Od rodziców? Tak mi się wydaje. Od rodziców rodzice zawsze popierali...

Szkoły, pomysły na edukację, podróże. Ale rodzice emigrowali? Czy rodzice podróżowali? Rodzice podróżowali, nigdy nie emigrowali, ale też dziadkowie i rodzice rodziców. Pradziadkowie i dziadkowie moi z dwóch stron też bardzo dużo podróżowali. Tata mojego taty mieszkał we Francji. Oni grali w firhamonii warszawskiej na biorączeli, więc też jeździli po całym świecie, jak to nie było możliwe.

A z drugiej strony mój pradziadek był znanym matematykiem, wymyślił grę Super Farmer i też jeździli, mieszkali w Stanach trochę. Swój dziadek wymyślił grę Super Farmer? Tak, pradziadek.

Droga do Obywatelstwa i Obowiązkowe Głosowanie

Opowiadaj. Niestety nie poznałam go, bo umarł dużo wcześniej, ale był wybitnym polskim matematykiem i z prababcią. lata, lata temu. Mieszkali w Stanach przez chwilę. Chyba na UCL coś robił, ale nie jestem pewna. W Los Angeles naprawdę coś robił. Chyba w Princeton też wykładał przez chwilę. Więc już podróżowali, kiedy to było niemożliwe. Więc to tak chyba od pradziadków do moich rodziców i ponad...

nas jakby... Ale poczekaj, wracaj do tej gry, gdzie wymyśliło. Powiedz tą anegdotę. Ojej, ta anegdota. No ta anegdota jest chyba tak, że... Nie jestem w tej historii tak dobrze, ale... Mieszkali przy filtrowej w Warszawie, w tym samym mieszkaniu, które dalej jest i dalej rodzinne mieszkanie. No i on zdradził matematykiem chyba... Zaczął sobie myśleć, wymyślę grę. On miał nazwisko Borsuk. Wymyślił Superfarmera. Moja siostra mi ostatnio opowiadała, że jak były telefony do mieszkania, to...

To się nazywało hodowla zwierzątek wcześniej, oryginalnie. I mój pradziadek odbierał telefon, borsuk, hodowla zwierzątek, słucham. No i później wiem, że ta gra się wyparowała podczas wojny, ale było parę egzemplarzy właśnie w Stanach, więc po wojnie te egzemplarze tu przyjechały.

prawa zostały sprzedane, no i teraz wszyscy wgramy w Super Farmera. O Boże, jaka historia tego, tego, nie wiedziałam. Cudowna. Czy to jest jakaś rodzinna anegdota, którą sobie powtarzacie, czy w sumie już wszyscy o tym zapomnieli? Czasami powtarzamy, czasami zapominamy, czasami widzę tę grę u kogoś i mówię, a to dzięki mnie. No nie dzięki mnie, ale...

Ale tak. Więc dużo chyba było historii i podróży i super fajnych przygód. Stąd ten gen. W mojej rodzinie i tak jakoś... To kiedy już osiadłeś w Australii? po tym zapatrzeniu w twojego brata, w twoją przyjaciółkę i zostałaś tam faktycznie. Czy czar prysu jakoś, czy w sumie oczekiwania spotkały się z rzeczywistością? Oczekiwania są nawet lepsze. Znaczy nie. Realia są lepsze niż oczekiwania. Ja najpierw planowałam tam zostać tylko półtora roku, dwa lata. Poznałam mojego byłego partnera.

Później była korona, więc siedziałam tam przez trzy lata. No a teraz już w przyszłym miesiącu dostaję obywatelstwo i mi się tam tak podoba. Też mi się podoba to, że to, co zbudowałam, to jest stricte moje. Że... No, że zrobiłam to ze swoim imieniem, którego tak naprawdę nikt by tam nie znał. Nikt ci nie pomagał. I mało, no oczywiście było wsparcie rodzinne.

i przyjaciół, ale no... Ale tam na miejscu. Tam na miejscu, tak. Ale że zrobiłam to sama i dlatego chyba zawsze będę tak wdzięczna Australii i dlatego też uważam, że jak się chce... Tam to serio można. A co najbardziej kochasz w Australii? Że faktycznie chcesz tam zostawać i że dostajesz to obywatelstwo? Kocham to, że wszyscy są bardzo easygoing.

że codziennie wszyscy się uśmiechają, są bardzo pozytywni. Na ulicy każdy z ciebie spyta, co u ciebie. Tak, jest powierzchowne, ale jest to po prostu miłe. Oprócz tego słońce w większość roku, to, że mam 10 minut do oceanu, więc... W półpracy mogę sobie pójść, popływać szybko. Ale też jest po prostu niesamowita natura. I są góry, narty, pięć godzin od Sydney, bo teraz jest zima. Surfing.

Pływanie, żagle, góry. Wszystko tak naprawdę w pigułce. I wszystko jest bardzo blisko, a z racji, że ten kraj jest tak wielki, jest tak mało ludzi... No to możesz sobie wybrać jakiekolwiek miejsce i tak naprawdę być prawie sama tam. Tak, bo Australia to jest zaledwie 26 milionów, około sprawdzałam wczoraj, mieszkańców.

Naprawdę bardzo mało, jak na tak wielki kraj. Jest to wszystko dosyć mocno rozproszone. Znaczy rozproszone, że są duże połacie kraju niezamieszkałe w ogóle i niezmierzone, a większość społeczeństwa osadza się tak naprawdę w dużych miastach, więc... W przywodzie, w dużych miastach i troszkę bardziej inland, w ląd, w stronę lądu, gdzie jeszcze jest żyzna

Gleba. Dobrze, polski cały czas pamiętasz. W środku Australii, czyli Outback, tam gdzie jest bardzo znany Ace Rock Uluru. Tak, słynny australijski Outback. Słynny australijski Outback. Nośne. Może być. Chyba tak. Ja nie byłam. Jeszcze chyba muszę do tego troszkę dojrzeć.

Problem Aborygenów i Kontrasty Australii

To są pustkowia liczone tak naprawdę w tysiącach kilometrów. Było wielu śmiałków, którzy zdecydowali się wybrać bez przygotowania w te miejsca i niestety poniosło klęskę. To nie są legendy. To nie są legendy. Tam musi być po prostu ciężko. Chyba w nocy jest bardzo zimno, a w ciągu dnia jest bardzo ciepło. Jest pełno much. Wiem, że jak się tam odwiedza, to ludzie kupują takie siatki, żeby zakładać na głowę, bo po prostu tych much jest tyle, że one na tobie siedzą albo są bardzo znane...

kapelusze kowbojskie, a Kubra australijskie powinna by było włożyć swój. I ludzie na brzegu kapelusza przyczepiają sobie takie linki. Żeby się odganiać i odganiać dmuch. Ale oprócz tego ten środek Australii jest koloru rdzy, tak naprawdę. Taki pomarańcz brąz. Tak. No, więc tam na pewno jest ciężko przeżyć. Tam pewnie jest gdzieś rdzenni mieszkańcy, na pewno są kolonie, które tam mieszkają. Tak.

Ale to jest jeszcze na mojej liście. Ale stacja benzynowa czy sklep co tysiąc kilometrów podobno. Myślę, że tak. I to potrafi zgubić bardzo. Myślę, że dlatego na przykład jest ten backpacker dream w Australii, żeby kupić vanę czy wynająć vanę, przejechać sobie 3-4 miesiące czy dłużej po Australii. no to myślę, że mało osób wybiera drogę środkiem Australii, tylko raczej po wybrzeżach.

Ale to jest niesamowite, że to są miejsca, na których w wielu przypadkach nie stanęła nigdy stopa człowieka. Takie niezmierzone, zupełnie dzikie, prawda? To jest niesamowite. A z drugiej strony jest to kraj bardzo rozwinięty. Bo poziom życia jest bardzo wysoki w Australii. Czy ty to czujesz na co dzień? Bardzo to czuję. To też wraca do tej równości moim zdaniem. Zarobki minimalne są bardzo wysokie w porównaniu do reszty świata. Nie wiem, czy one nawet nie są najwyższe. Czynsz jest...

dosyć, znaczy no nie jest nigdzie już czynsz tak naprawdę jeszcze niski, ale znowu porównywalnie do Warszawy w Sydney, co jest dla mnie szokujące. Ale tam są inne zarobki, prawda? Dokładnie, zupełnie inne zarobki. Oprócz tego, nawet jak pracowałam na studiach w barze na pół etatu, to to było wystarczająco, żeby się utrzymać i pojeździć sobie na fajne weekendy dosyć często. Więc ten poziom życia naprawdę moim zdaniem jest bardzo wysoki. I to widać na każdym kroku, prawda?

Tak naprawdę. Fajne i równościowe. Wspominałaś mi też odnośnie edukacji, bo edukacja australijska podobna jest na bardzo wysokim poziomie również i jest to bardzo ceniona edukacja na skalę światową, ale powiedziałaś mi coś ciekawego, że... W Australii nie ma takiego modelu jak u nas, żeby koniecznie pójść na studia. To nie jest taki typowy scenariusz, że często się od tego odchodzi. Z moich doświadczeń, z ludzi, których poznałam, Nigdy nie było tak, że jest właśnie presja pójścia na studia.

co myślę, że dużo z nas miało, niekoniecznie od rodziny, ale nawet od tego, co się działo społeczeństwie. To chyba trochę też dotyczyło tego, że jeżeli się zdobędzie to wyższe wykształcenie, to wtedy masz dostęp do lepszych zawodów i lepszych zarobków, a jeżeli nie, to nie. Chyba tak. To to nierównościowe podejście. Dokładnie, ale mam paru znajomych, którzy na przykład nie byli na studiach i pracują w dosyć dużych firmach, nawet tech startupach albo jakichś bardziej bankach.

I pracują już dosyć wysoko. Dwa, trzy lata. Uczyli się pracy pracując. No i dopiero teraz uznali, że w sumie super było studiować. Ale to raczej, żeby po prostu się rozwijać samemu, a nie, że praca im daje... ultimatum, że jeżeli nie pójdziesz na studia. I uważam, że to jest bardzo fajne. Ale też dużo osób też nie kończy liceum i na przykład wybierasz sobie specjalizację, właśnie na przykład elektryk, albo inżynier, albo kucharz i idzie w to. Bo też zarobkowo ta struktura...

i jest bardzo przejrzysta. Że na przykład jeżeli ktoś... rezygnuje z liceum i powiedzmy robi sobie ten, nazwijmy to, kursem na inżyniera, to jest wiadomo, że po dwóch latach będzie zarabiał tyle, a po trzech tyle, a po czterech tyle. Jest to przejrzyste bardzo. Tak. I to też jest chyba motywujące do pracy.

No ale też Australijczycy, jak jest koniec pracy, to jest koniec pracy. No właśnie, jak Australijczycy pracują? Czy tam się żyje po to, żeby pracować, czy pracuje po to, żeby żyć? Pracuje po to, żeby żyć. Albo żyje tylko po to, żeby żyć i w ogóle nie pracować. Myślę, że pracuję, żeby żyć. Na pewno są osoby, które wolą pracę, ale jak jest piąta, po południu, siedemnasta, koniec pracy.

Zapomnij. To jest dobre podejście. Sklep, restauracja zamyka się o dziesiątej, o dziewiątej trzydzieści już cię stamtąd wyrzucą. Higiena. Totalnie, więc bardzo respektuję też te wszystkie zasady. No i to też jest fajne, że nie siedzisz w tej pracy długo i jeżeli masz nadgodzinę, to ci za nie płacą.

Oczywiście są czarne owce w każdej branży, które w niego nie robią, ale rząd ma agencję, która nazywa Ombudsman, która bardzo pomaga w tym. Więc powiedzmy, jeżeli nawet ktoś by ci nie dopłacał, to znaczy nawet godziny. albo ktoś by nie przetrzewał tego słynnego 9 to 5, 9 do 17, to zgłaszasz i oni się tym zajmują. Więc jest to bardzo zorganizowany kraj. Poruszyłaś temat tych restauracji, które się zamykają o konkretnej godzinie. Australijczycy żyją trochę wcześniej.

Tak. W stosunku do nas na przykład Europejczyków. Wspominałaś mi o tak zwanym 5AM Club. Tak. Że masz wrażenie, że tak naprawdę wszyscy do niego należą? Myślę, że nie wszyscy, ale większość. Kawiarnie otwierają się w Australii około 5-6, zależy gdzie. Bardzo dużo osób zaczyna dzień bardzo wcześnie i bardzo aktywnie. Od spacerów z psem po jogę czy surfing czy... czytanie książki na plaży i w kawiarni.

Ale też nocy, oczywiście jest nocne życie, szalone nocne życie, też dostępne, ale większość ludzi powiedzmy świętują rodzinę i zaprosiłoby znajomych na 14-15 do restauracji, baru, pubu. No i by sobie tak imprezowali, ale po południu. O 22.00 wszyscy wrócili do domu, następnego dnia się budzisz i...

Znowu o piątej? I znowu o piątej. A nie, o piątej już jesteś w kawiarni, bo jest otwarte. Więc jest to, to na przykład jest dla mnie bardzo, bardzo fajne. I to na przykład mam z tym problem, jak wracam do Polski, budzę się wcześniej i troszkę nie mam co zrobić. Nie wiem co zrobić.

ósmej, dziewiątej. Ale to też jest związane powiedz mi z tym, że tam słońce już świeci o tej porze, prawda? To nie jest tak, że wstają ludzie o czwartej czy piątej i jest ciemno. Nie, nie, nie. A, to to jest łatwiejsze. Więc bardzo wszystko ze słońcem. No teraz jest zima, więc oczywiście słońce co wchodzi troszkę później, ale no i tak już o 6 mam teraz znajomych, którzy patrzą na Instagramie i pływają w zimnym oceanie teraz o 6 rano.

Tak, tak, bo mamy wszystko odwrotnie. U nas jest lato, tam jest zima. Tam jest zima. Noc, dzień, inne układy gwiazd na niebie. Dokładnie. Po innej stronie jeżdżenie autem. bardziej cię zaskoczyły. Taki mur, na jaki trafiłaś. No na początku to było to nocne życie i... Spodziewałaś się, że poszalejesz, tak? Będziesz zamykała o siódmej rano i gasiła światło.

Nie chodziło o szaleństwo, raczej chodziło o poznawanie ludzi, zwłaszcza na studiach. Jednak w Londynie doświadczyłam życia studenckiego, a w Australii to życie studenckie było kompletnie inne. No więc jak się przyprowadzasz do nowego kraju i chcesz poznać ludzi, a znasz poznawanie ludzi, powiedzmy, europejskie, to był pierwszy szok. No ale szybko zadowiedziałam się, że...

to słyszałam, musisz dołączyć do grupy żeglarskiej. Ja mówię, no okej, dołączam do grupy żeglarskiej, płacę 20 dolarów. Mówią, super, mamy trip na trzy dni na Morenton Island, to jest taka... wyspa niedaleko Brisbane z małymi katamaranami. 100 dolarów od osoby, czyli około 280 zł na 4 dni.

Camping na plaży. Już teraz. Ja mówię, no dobra, super. No i tak zaczęłam poznawać super ludzi, więc to właśnie było w sumie fajniejszy sposób poznawania, ale to dla mnie było, bo pamiętam, że różne zgrupowania powiedzmy kluby Uniwersyteckie nie były aż tak fajne i fajnie zorganizowane, więc to było bardzo fajne. Czy można powiedzieć, że w takim razie ludzie w Australii są bardziej spontaniczni? Myślę, że... Może niż my?

Myślę, że trochę tak. Trzeba być spontanicznym, żeby jakoś tak nadgonić ich i załapać się na ten pociąg? Może to są ludzie, których ja przyciągam, bo sama staram się być spontaniczna. No ale miałam przygody, że mam kolegę, którego ojciec kupił jacht w Grecji. Metrowy? Stóp. 38 stóp. Nie znam się na jachtach, ale... 38 stóp w Bawarie. Nic, ale to są normalni ludzie. Ten ojciec jest nauczycielem, mama jest lekarzem, ale to nie są mega zamożni ludzie. To jest ta cudowna równa.

o której mówisz. Dokładnie. No i po prostu zbierał sobie na ten jacht, kupił go w Grecji i przez rok wracał z powrotem do Australii. Były egzaminy w szkole dla mnie, to jest już kolejna część historii i dostaję smsa z telefonu statyjitarnego. Czy dołączysz do nas na Tądze, w Królestwie Tongi, w Nuku Falu za dwa tygodnie o tej godzinie w tym porcie? W sensie już do egzaminów. A ja sobie myślę, dobra, jak często dostajesz takiego smsa? Załatwiłam sobie od lekarza notatkę. Kupiłam bilet, uznałam.

lecimy do Tongi. Więc to było coś niesamowite i to też troszkę bardziej niesamowite niż zwykłe historie, jak się tam zdarzają, ale tych historii jest pełno. Ostatnio mi się zdarzała podobna historia ze Sri Lanką. I też poznałam nowych ludzi w Sydney i było zapytanie

W sumie lecimy na Sri Lankę w 10 osób za 3 tygodnie, bo chciałabyś polecić z nami. Bilety są strasznie tanie, lecimy tylko z plecakami i trochę nie mamy planu na 3 tygodnie. W sumie tak. Świetnie, jadę. Ty mi powiedziałeś, że Australia to jest takie miejsce, gdzie tak naprawdę... Naprawdę może się wszystko zdarzyć. Czy masz więcej takich przygód właśnie na liście? Czy Australia to jest takie miejsce, gdzie przygoda czai się na każdym kroku, za każdym rogiem?

Myślę, że tak. Myślę, że wszędzie się tak dzieje, ale takie bardziej przygody w naturze albo ze sportem, z żeglarstwem, z surfingiem No to ich było dużo. Nawet to jest kwestia tego, że kiedyś byłam bardzo zmotywowana i wstawałam często na surfing rano na wschód słońca. I w wodzie z tyłu, w line-upie tak zwanym, poznawałam ludzi, z którymi później się kolegowałam. Mówili, dobrze, a jutro jedziemy na dwa dni na surfing, tam można z nami pojechać. I to jest znowu tak otwarte i tak proste i jakoś...

ufne od razu. Nie wiem, czy wszędzie, gdyby ktoś ci zapytał nieznajomym, pojdź z nami jutro na wakacje. Nie znam cię. Może nie byłoby w ogóle takiej propozycji, a może też niechętnie byś się zgodziła. No chyba tak. Dużo osób też tam trochę pracuje na energii i właśnie czuć świetną energię wszędzie. I to może przez to jest to zaufanie. Największe różnice pomiędzy Australią a Polską? Jakie widzisz? Jeżeli chodzi o ludzi, czy jeżeli chodzi o kraje? I to, i to.

Chyba, że jest to aż tak dużo, że musielibyśmy zrobić nowy podcast. Na pewno. Myślę, że jeżeli chodzi o ludzi, to na pewno ta pozytywność, to uśmiechanie się. Jak wracam do Warszawy, stoję na przystanku tramwajowym i uśmiecham się powiedzmy do miłej starszej pani, która trzyma kwiaty, no to troszkę się na mnie patrzy, jak była wariatką. Troszkę dziwnie cały czas. Troszkę dziwnie cały czas, więc myślę, że i narzekanie, które...

Wszyscy lubimy sobie ponarzekać. A tam czegoś takiego też na pewno jest, ale dużo mniej się to widzi. Czyli tam bardziej szklanka do połowy pełna niż pusta. My sobie wolimy o tej pustości porozmawiać, a oni bardziej wolą się skupić na pozytywach. Zupełnie tak.

To chyba jest coś takiego, co bardzo nakręca mindset i można się tym zarazić i tak naprawdę wdrożyć, prawda, tą pozytywność na co dzień. Mi kiedyś Urszula Dudziak opowiadała to z kolei o Nowym Jorku, że kiedy przeprowadziła się tam, była bardzo zdziwiona tą pozytywnością i ją to trochę irytowało.

Można cały czas być uśmiechniętym i cały czas opowiadać tylko o pozytywach. Rozumiem tu irytację. Ale jak zamieszkała tam, już była kilkadziesiąt lat, bo ona bardzo długo tam siedziała, powiedziała, że jej to tak weszło w krew, że faktycznie ona się czuje bardziej pozytywna przez to.

Wiesz o co chodzi? Kto z kim przestaje, takim się staje i tak nabywasz tych cech i to jest pozytywne. Nawet jeżeli jest powierzchowne, lekko i sztuczne. Tak. I totalnie to czuję. Też totalnie czuję tą irytację czasami, bo powiedzmy... jestem w pracy, organizuję duży event na 100 osób i zarządzam. Wyobrażam sobie, jak to musi być stres. Jest, ale ja to kocham i zarządzam grupą kucharzy i kelnerów i innych powiedzmy project managers.

No i czasami ja wiem, że jest presja czasu i ja wiem, ile trzeba zrobić, bo easy, wszystko będzie zrobione i w głowie mam. To nie jest easy. Trzeba się spiąć, to zrobić. Ale to też jest... Myślę, że przez te 7 lat bardzo dużo się cierpliwości też nauczyłam przez ich świetne nastawienie. Ale to była główna... rzecz. A jest coś, czego ci brakuje, kiedy przyjeżdżasz do Australii? Z Polski. Tylko nie mówię tu o rodzinie, mówię powiedzmy o starych znajomościach. Hmm...

czegoś w mentalu, nie wiem, w kuchni albo coś, za czym tęsknisz. Brakuje mi naszych jagód i poziomek i truskawek. Nie mamy poziomek w Australii. To z jedzenia. A te truskawki, które są, to nie to. Niektóre tak, niektóre nie w ogóle chyba truskawki na całym świecie, są już takie trochę wodniste i bez smaków. Tak, ja mam wrażenie, że najlepsze jadłam 20 lat temu, a teraz to już jest nietruskawka. No trochę tak.

bardzo zawsze tęsknię za jedzeniem w przegryź i za chłodnikiem w lato. Kocham, kocham, kocham. A tak to... Tak, to troszkę za naszymi jakimiś tradycjami. W Australii, jeżeli ktoś przychodzi do ciebie w gości i nie są Europejczykami, to czasami niczego nie przyniosą. Ani butelki wina, ani kwiatów. Nieładnie. No nieładnie przez moje realia, ale to dla nich jest normalne. I to czasami są urodziny, nie dostaje się raczej prezentów.

Idziesz do restauracji dużą grupą, dzielisz zawsze rachunek, nawet jeżeli coś z rodziną. Oczywiście nie wszyscy, ale bardzo często. I takie mini rzeczy, już się tego przyzwyczaiłam coraz bardziej, ale też staram się być wzorcem dobrej zmiany, więc zawsze jak ja gdzieś idę, to zawsze coś przynoszę, no bo to też jest w mojej krwi i muszę to robić.

Ale za tym czasami tęsknię. Na przykład jak wracam tu i siedzimy przy kolacji z rodziną, z przyjaciółmi, mam pusty kiejszek wina, jakikolwiek mężczyzna siedzi obok mnie od razu i ja niczego nie muszę mówić. A w Australii moi koledzy dolewają sobie, a nie patrzą na kobiety, co też nie jest nic złego. I ta równość, tak, to jest świetne, ale to takie małe rzeczy, które zauważam, jak wracam tu i troszkę za nimi tęsknię.

No ale nie można mieć wszystkiego. Dobrze, ale to jak wygląda randka? Też dzielenie rachunku? Czasami tak. Czasami tak? No i co do skwiera to trochę, co? Ale to nawet w Anglii pamiętam, że było czasami dzielenie rachunku. W Niemczech jest bardzo też moja przyjaciółka dochowana na kulturze polskiej. Ale też można sobie wybrać, że nie trzeba się dzielić rachunkiem. Myślę, że też zależy. Ja na przykład mi nie przeszkadza zapłacić. I też, no tak.

A powiedz mi, jak wygląda to życie poza pracą, jeżeli już imprezy powiedzmy są? krótko, są nie tak długa jak w Polsce, to jak lubią spędzać Australijczycy czas poza pracą, skoro ta praca nie jest taką największą treścią ich życia? Rodzina, natura, aktywnie. Rodzina na pewno, natura, aktywnie. Tak jak mówiłam, surfing, pilates, joga, siłownia, run cluby, kluby bieganiowe są wielkie w Australii i one też się zaczynają o czwartek, piątej nad ranem.

Ja nie wybrałam. Bardzo dużo osób biega. Idziesz na plażę powiedzmy w środę o 11, jeżeli pracujesz z domu i masz warta. Plaży jest full ludzi, którzy robią najróżniejsze rzeczy. Wędkarstwo, pływanie, medytacja, więc bardzo dużo na zewnątrz siedzą. Czy to jest też częste, że ludzie, którzy pracują na etatach wychodzą na zewnątrz po to, żeby zjeść lunch, zaczerpnąć świeżego powietrza i właśnie jest to przyzwolenie na to, że wszyscy są out w ciągu dnia?

Czy raczej ci, którzy są freelancerami, albo mają własne biznesy? Chyba na pewno. Australijskie miasta są trochę podzielone tak, że w centrum jest centrum, które nazywa się CBD, Central Business District, więc tam masz wszystkie wieżowce i wszystkie największe firmy. Czyli Mordor. Tak, ale jednak tam tętni życiem i tam są też ludzie po prostu, nie wiem, jest shopping czy galerie czy takie rzeczy. I wokół są zawsze dzielnice od fajniejszych do oczywiście dalej...

niektórych mniej fajnych, czy znowu fajniejszych. I każde miasto trochę ta struktura tak wygląda, że rozraszta się od tego CBD. Więc ludzie, którzy pracują na pełen etach, raczej siedzą w CBD. w którym ja raczej nie siedzę, no ale tam jest dużo mniej natura. Akurat w Sydney jest piękny park, więc na pewno sobie chodzą tam na lunch, ale też mój brat pracował na pełenetan w wielkiej firmie, w CBD w Sydney. Biegał do pracy. Na lunch chodzi z kolegami oddawać krew.

Albo znowu biegać. Jego żona pracowała w dużej firmie architektonicznej. Dziewczyny chodziły na jogę podczas przerwy w pracy. Więc to też jest takie mega... Elastyczne. Przezwolenie na luz i nietrzymanie się stricte reguł. więcej nowych praw o to flexible working.

Więc bardzo dużo sobie pracuję dwa dni powiedzmy w biurze, a trzy dni pracuję skąd chcę. I to też nie jest tak, że ci mówią, muszę być w domu, że na przykład mam kolegę, który jeździ na nartę i sobie pracuję z nart. Nie wiem, ile tam akurat pracy się wydarza, ale... Rozumiem, że liczy się efekt.

Totalnie liczy się efekt i to też jest właśnie troszkę mniej micromanaging z tego, co zauważyłam w firmach Corpo powiedzmy w Australii. Z opowieści. Wspomniałaś o obywatelstwie. Tak. To nie jest łatwe, żeby dostać obywatelstwo w Australii? Nie. Czego musiałaś dokonać? I dlaczego ci zależy na tym? Jak to wygląda biurokratycznie? Trochę wiązałam życie z moim...

Partnerem, tak. Więc troszkę, no przyjechałam na wizę studenckiej, później ta wiza się kończyła, więc zaaplikowaliśmy o wizę partnerską, czyli to jest trochę taka zielona karta powiedzmy. która jest ciekawa, bo dotyczy wszystkich. Powiedzmy, gdyby było małżeństwo z piątką dzieci, i jedno z małżonków byłoby australijskie, to musieliby przechodzić dokładnie ten sam proces, co powiedzmy właśnie para.

Paraluzi z zewnątrz. Nie, co powiedzmy właśnie, chłopak poznał dziewczynę, czy ktokolwiek poznał kogokolwiek i się poznali, nie mają dzieci, nie mają małżeństwa, przechodzą dokładnie ten sam proces. I ten proces jest bardzo długi. Najpierw aplikuje. Ta pierwsza aplikacja kosztuje dosyć dużo pieniędzy. I pytają o wszystko. O zdjęcia. Znajomi muszą pisać statements o waszym związku. Pytają o różne SMS. No ogólnie, żeby pokazać, że serio jesteście...

Z sensownymi ludźmi. Z sensownymi ludźmi i że naprawdę jesteście w związku, w relacji. I ten pierwszy proces chyba trwa z rok. Później dostajesz coś, co się nazywa temporary permanent resident po dwóch latach. Potem po roku znowu sprawdzają, czy jesteście razem i później dostajesz permanent residency i wtedy już jesteś rezydentem. No i po roku możesz aplikować obywatelstwo.

Więc jest to ciągły stres, a też mogą mówić bez powodu, nawet jeżeli zapłacisz już te dosyć duże pieniądze. Z obywatelstwem jest lepiej, bo? Z obywatelstwem jest lepiej, bo po pierwsze należy tam mieszkać, zarabiać. Płacić podatki. Głosować. W Australii głosowanie jest przymusowe. Jeżeli nie pójdziesz na głosowanie, dostajesz mandat. W wysokości? Nie wiem, czy to nie jest pomiędzy 30 a 100 dolarów. Dużo? Dużo!

ale też dużo osób... To jest ciekawe z tym głosowaniem, bo niby dobrze, a z drugiej strony dużo osób pójdzie i zaznaczy cokolwiek. Właśnie, jak to oceniasz? Czy to jest fajny pomysł, czy nie? Bo u nas, szczerze mówiąc, w związku z tym, że u nas z kolei jest taka niska frekwencja często i trzeba bardzo angażować ludzi, padały takie pomysły, czy nie fajnie byłoby, żeby wprowadzić obowiązkowe.

Ale ty jako osoba, która przeżywa to na własnej skórze, jak to odbierasz? Myślę, że to jest ogólnie dobry pomysł. No tylko co z ludźmi, którzy serio się nie interesują? I pójdą i zaznaczą na karce byle co. To musi być chyba poparte ogromną wiedzą i takim wychowaniem obywatelskim. No tak mi się też trochę wydaje, bo później mogłoby się stać bzdury. No właśnie, a czujesz w takim razie, że społeczeństwo australijskie jest takim społeczeństwem dobrze wyedukowanym obywatelsko?

Czy właśnie nie i w związku z tym, że ta świadomość bywa niska, to lepiej nie ryzykować i nie zmuszać tych ludzi do głosowania? Myślę, że miałam do czynienia z bardzo dużą ilością różnych... pod społeczeństw Australii od takich to się nazywa True Blue Aussie, że kochają swój kraj, troszkę ich interesuje, co się dzieje na całym świecie, no bo po co? Przecież to nas zupełnie nie dotyczy. Nie wyżdżają z kraju, bo po co mamy wszystko tu? Co też jest...

Pięk z Netswory Sposób. True Blue Aussie? True Blue Aussie. Pięk. Więc od takich, po ludziach, którzy są bardzo polityczni i bardzo wyedukowani i bardzo patrzą powiedzmy na Unię Europejską z wow, że to jest super i... I że jak reszta, chodzi mi o to, że jak na przykład Europa prowadzi swoje różne rzeczy polityczne, że są bardzo zabatrzeni, no po ludzi, którzy zupełnie ich to nie obchodzi, no ale tak trochę jest wszędzie.

Ale więc o zgłosowaniu nie wiem. Wiem, że w Australii było ostatnio referendum. Bardzo ciekawe. W sprawie? W sprawie komisji doradczej aborygenów. Chodziło o to, żeby stworzyć komisję poradną składającą się tylko z aborygenów, która miałaby weto, ale nie miałaby żadnej siły sprawczej. Chodziło o to, żeby... mogli doradzać w sprawach, które dotyczą

stricte powiedzmy terenów, które są uregencji. Na przykład wysp Torres Strait, które są na górze Australii. Czyli mieli swój głos w swojej sprawie tak naprawdę. Tak, ale jako doradczy głos, więc to też nie jest żaden decyzji głos, no i było referendum w tej sprawie i referendum. rędu przyszło na nie. No niefajnie bardzo. A oregani to rdzenna ludność w Australii. Rdzenna ludność w Australii.

Nie wiem, czy temat tabu. Może przez to, że dużo czasu spędziłam właśnie z tymi true blue Aussies. Nie wiem, czy to wszystko mówię. Jest totalnie politycznie poprawne, ale trudno. Nie musi być. To jest twoja perspektywa, więc też nie mówimy o jakichś rzeczach strasznie kontrowersyjnych.

albo czymś, o czym się nie pisze, bo to jest prawda, że dotykamy teraz trochę czarnej historii Australii, czyli w związku z tym, że pierwotnie Australia była, no powiedzmy sobie wprost, zsyłka przestępców w czasach... wpływów brytyjskich na tym terenie. Bardzo silne wpływy brytyjskie. Osoby, które się tam osadziły, no później po odbywaniu tej kary zostały. Więc to były te początki jakby z tymi Europejczykami, którzy tam się sprowadzili.

I po drodze bardzo duża dyskryminacja pierwotnej, rdzennej ludności, która po prostu była, powiedzmy sobie wprost, biały człowiek dopuścił się ogromnej, brutalnej, też kulturowego wyniszczenia. tej społeczności. I po kłosie tamtych dawnych działań tak naprawdę Australia boryka się z tym do dzisiaj, bo do dzisiaj widać tą dyskryminację wobec rdzennej ludności Australii na różnych płaszczyznach.

Bardzo tak. Myślę, że ten głos na nie, dla mnie to był szok. Szokiem też dla mnie było, że jak przyjechałam jako międzynarodowa studentka do Australii i mieliśmy na początku... nie wiem, wykłady o jak być bezpiecznym w oceanie, albo troszkę o historii Australii nie poruszyli dużo o aborygenach. Więc ja tak naprawdę troszkę, ja dalej...

można by powiedzieć, że jestem trochę ignorantką tej historii, bo nie znam jej bardzo dobrze. Mam paru znajomych, którzy są abryganami, więc czasami ich proszę, żeby mi mówili. Opowiadali różne historie. Dalej jest oczywiście pełna borygenów i ich kultura przetrwała. Przetrwała i dalej istnieje. I oni bardzo respektują elders, dziadków i babcię. I te historie i tradycje są przekazywane z pokolenia na pokolenie. No ale...

Ja totalnie nie rozumiem, czemu to nie jest bardziej doceniane w życiu codziennym w Australii, bo te niektóre rzeczy są piękne. Ich sztuka na przykład jest piękna. Nie wiem, czy kiedyś widziałaś, to są malunki, takie trochę w kropki. różne kolory. Bumerangi czasami są pomalowane właśnie w takie trochę zwierzęca. Jest to bardzo piękne. Kolejna sprawa z tym, no to jest słynny dzień 26 stycznia, który jest świętowany jako Dzień Australii. Australia Day. No i...

Zrobić z tym progres. Pierwsza rzecz, która była progres... Australia Day to nazywana jest Dniem Inwazji. Bo to był dzień, kiedy pierwsza flota dotarła do Australii, z Anglii. No i bardzo chyba złe rzeczy się stały tego dnia i oczywiście w każdym dniem po tym. No, ale... Doszło do napadów mniej miejscowej ludności. Doszło do napadów, no ale dalej świętują to jak Australia Day. Druga część kraju nazywa to Dzień Inwazji, tego nie świętują i są protesty.

Duża zmiana, była chyba z 3-4 lata temu, bardzo znana stacja radiowa Triple J tego dnia, bo to jest dzień wolny od pracy dla wszystkich, więc jest dużo imprez w ciągu dnia. miała Hottest 100, to była po prostu playlista 100 piosenek najbardziej znanych w roku i puszczali to w radiu i do tego była impreza, więc oni zmienili to chyba na 25 stycznia.

parę lat temu, więc to jakby był kierunek w dobrą stronę. No, ale dalej jest to taki dosyć dziwny dzień, żeby być w Australii. Mój partner miał urodzinę tego dnia. Właśnie 26 stycznia. Więc świętowaliśmy. Zupełnie co innego świętowałaś. Ale zawsze czułam się, że musiałam powiedzieć. Świętujemy po swojego urodzinę. Tak, tak. Uczułaś się, że to jest takie niepoprawne politycznie, jeżeli byś świętowała to, że to jest...

święto tutaj, cieszymy się, bo powiedzmy wprost, Brytyjczycy najechali Australię. Tak, znaczy ja się zastanawiam, czy to po prostu jest z braku edukacji trochę o tym problemie i z braku właśnie perspektywy. na większy obraz.

Z informacji, które docierają do nas, bo też Australia nie jest takim numerem jeden ze względu na powiązania polityczne, które nie są tak bardzo silne, tematy, które teraz się dzieją na arenie międzynarodowej, które nas dotyczą, no gdzieś tam Australia nie jest... ale z tego, co dociera, to jednak docierają informacje o tym, że rdzenna ludność jednak cały czas przeżywa tą dyskryminację, chociażby w zderzeniu z wymiarem sprawiedliwości, gdzie osoby z tych rdzennych...

redzenni mieszkańcy, potomkowie redzennych mieszkańców, no niestety są gorzej traktowani przez wymiar sprawiedliwości, częściej aresztowani, częściej odmawia im się kaucji, nie wiem, ławy przysięgłych na przykład są gorzej nastawione. do tych osób. To cały czas wisi w powietrzu. Ten problem jest i jest obecny. I rozumiem, że to jest cały czas aktualne, tylko trochę się to zamiata pod dywan. Takie mam wrażenie. Mało osób o tym rozmawia.

Więc no tak, jest to dosyć przykra sprawa i też jest bardzo dużo profilowania ludzi, którzy są ciemniejsi z karnacji i mają powiedzmy ciemniejsze oczy, większe brwi, większe nosy. I policja dużo częściej ich zatrzyma z jakiegokolwiek. Więc troszkę można porównywać to do różnych sytuacji jak w Stanach. Ty masz przyjaciół z różnych stron. Tak. Czyli zarówno związanych z rdzenną ludnością, jak i tych, którzy są napływowymi, nie tylko ekspatami, ale osobami, którzy są potomkami tych napływowych.

Tak, nie no, tak. Oczywiście w większości krajów to jest napływowych, ale no coraz mniej już mam znajomych, którzy powiedzmy głosowali nie w tym referendum, bo po prostu ciężko zrozumieć, oczywiście różnice są świetne, ale przy rozmowach o tym, ale czemu, co to szkodzi, To jest Australia. No tak, to właśnie jest Australia, więc no tak, to jest. Tak. To jest myślę taka podstawa mindsetu, taka podstawa myślenia, która jeżeli poróżni, to jest to tak istotne, że trudno się z tym zgodzić i trudno...

tak naprawdę rozmawiać z taką osobą, prawda? Myślę, że tak. I myślę, że też dla mnie, która dużo podróżuje i mieszkałam w paru krajach, I jestem dosyć otwartą osobą. Pacyfistką, wolnościową. Bardzo chyba otwartą. Po prostu dla mnie to jest troszkę ciężko. Zwłaszcza w kraju, gdzie... Znowu, jedna z ich wartości to jest ta równość, o której mówiłyśmy i jest tam tyle możliwości dla wszystkich i troszkę to wszystko mogłoby po prostu współżyć, zwłaszcza tak w wielkim kraju.

Jest to trudny temat w Australii. Rozumiem, że cały czas nierozwiązany, ale cieszę się, że poruszyłyśmy go, bo to pokazuje też pełen obraz. Australia nie jest tylko krajem pełnym pozytywów i benefitów, tylko jednak są gdzieś te cienie. Ostatni punkt, zapomniałam. Abergenii byli uznawani jako flora i fauna do 1974 roku bodajże. To jest straszne. I dopiero referendum to zmieniło. Referendum? Czyli zadecydowano o tym, czy można tak postrzegać rdzenną ludność, czy nie. Hardcore.

Bez komentarza. Ja tak samo, na plecach. To jest po prostu nie do pomyślenia. I to są tak niedawne czasy, prawda? Lata 70. To są czasy młodości naszych rodziców. Moja mama miała 7 lat. A z drugiej strony, tak jak rozmawiałyśmy, Australia, która jest tak bardzo rozwinięta pod wieloma względami. Jak to jest w ogóle możliwe? Australia, obudź się.

Kiedy wracasz do Australii? Bo jesteś tutaj ze mną teraz w Warszawie. Jestem w Warszawie i trzy godziny po tym, jak stąd wyjdzie, mam samolot. Lecę do Sydney. No jak długo? No, na razie po prostu lecę. Ale za dwa tygodnie jadę na narty w Australii pierwszy raz. No tak, bo tam zima. Ale dalej nie wiesz, że tam jest śnieg. W życiu nie widziałam tam śniegu. Na górze Kościuszko.

którzy o nim mówią jakoś bardzo dziwnie i nie potrafię tylko wymówić, ale jak ja mówię kościuszko, oni nie mają pojęcia, o czym ja mówię. Nie opowiadasz o tym, że to jest rodak? Opowiadam, opowiadam. To jest w ogóle ciekawa historia, bo to polski geolog Paweł Edmund Strzelecki odkrył tą górę i nazwał ją na cześć Tadusza Kościuszki.

Ale też nazwały ją tak, bo przypominałam mu Kopiec Kościuszki w Krakowie. I to się przyjęło i zostało dalej. I wiem, że są jakieś... Ambasada Polska próbuje teraz tą historię jakoś... bardziej pokazać, bo dużo osób się wspina na tą górę, ale nie zna w ogóle jej polskiej historii. Czyli w związku z tym, że teraz jest w Australii zima, to ty za dwa tygodnie będziesz zjeżdżała z góry Kościuszki.

No, z Góry Kościuszki stricte się nie zjeżdża, ale jest to w tym samym terenie. Będziesz zjeżdżała ze stoków wokół Góry Kościuszki. Dokładnie. Bardzo patriotyczne. Dziękuję, staram się. Dalej nie wierzę, tam jest śnieg, więc dlatego tak po siedmiu latach uznałam, że czas spróbować. Czego można ci życzyć? Ojej.

Wytrwałości. Wytrwałości, aczkolwiek taka jesteś, więc może, żeby to się nie zmieniło. Ja ogromnie Ci gratuluję Twoich ogromnych, ogromnych sukcesów na tej dalekiej, dalekiej australijskiej ziemi. I jasne, z wsparciem oczywiście na pewno nie... nieocenionym rodziny, ale jednak przecierasz szlaki i jesteś naszą wizytówką. Bardzo Ci dziękuję. Dziękuję Ci bardzo.

This transcript was generated by Metacast using AI and may contain inaccuracies. Learn more about transcripts.
For the best experience, listen in Metacast app for iOS or Android